Opaska jest biało-czerwona, spłowiała od słońca kolejnych rocznic. „Armia Krajowa, obwód Ochota" — litery wyblakły, ale wciąż czytelne. Zakłada ją co roku, pierwszego sierpnia, na ten sam rękaw, tym samym powolnym ruchem. Ręka drży bardziej niż rok temu.
To nie jest reportaż o wojnie. Wojna była osiemdziesiąt lat temu i nie ma już prawie nikogo, kto widziałby ją z bliska. To reportaż o tym, co zostaje, kiedy świadków ubywa — o pamięci, która musi znaleźć sobie nowych właścicieli, zanim zgaśnie razem z ostatnim z nich.

Znają się od dekad — niektórzy od tamtych sześćdziesięciu trzech dni. Spotykają się teraz głównie na pogrzebach i rocznicach, i sami przyznają, że jedno coraz trudniej odróżnić od drugiego. Rozmawiają cicho, o zdrowiu i o nieobecnych.


Fotografuję ich od piętnastu lat. Co roku muszę wykreślić kilka nazwisk z notesu.
Marek Wroński

Dzień przed uroczystością rozkłada na stole fotografie — czarno-białe, pozałamywane na rogach. Pokazuje twarze i wymienia imiona, jakby robił apel. Przy większości pada to samo słowo: „poległ".
Kot śpi na tapczanie, nie podnosi głowy. Za oknem zwykłe popołudnie. Trudno uwierzyć, że ten spokojny pokój i tamte zdjęcia to to samo życie.

Ostatni kadr nie jest ich. Jest chłopca, który tego wieczoru zapala znicz — jeden z tysięcy na płycie pamięci. Nie wie jeszcze, czyją historię właśnie bierze na siebie. Ale bierze.





